Kąt wykreślany... skokowa-piętowa... przyścięgnopaństwotrzydzieściwydrążozmieniokątuciekawejstupniprawopartacienna skokowa kość. Psia.
Ortopedio, błogosławieństwo nudziarzy! Od tygodnia tylko gadanie, gadanie, słuchanie, psanie. Jadę na kawie. Piszczele chcą mnie obudzić swoim wydrążonym piskiem, ale i tak nie wyrabiam. Nie mam końskiego zdrowia (stopy też nie), wiec nuda i niewyspanie mnie wykańczają.
Ortopedia, przedmiot płaski jak płaskostopie, pogiety jak skolioza, zwichnięty jak kość łódkowata.
Żadnych operacji, pod pretekstem nie-wyręczyczawania się studentami, nie wyzyskakiwania ich. A studenci chcą być wyzyskiwani. Wyzysk naszym błogosławieństwem! Albowiem tylko zstępując na blok operacyjny, miesjce lekarzy zajmując, czegoś się nauczymy. Gipsy regresujace werbalne, nie realne, powodują regresję do poziomu warzywa. Regresję mojego intelektu, to się znaczy.
Chrupanie chrząstek stawowych kręgosłupa szyjnego, sporadycznie też piersiowego. Kłąpanie żuchwy. Jedno moje, drugie doktora polejwody. Ciapciaki malutkie. Spać.
Połowy ludzi dziś nie ma, zrobili sobie wolne. Wszyscy mają wolne, tylko nie my. Jak psy. Jak muły. Krążymy w kieracie, na który przecież z utęsknieniem czekałem. Ile można? Iiii-aaaa!... Krok w przód, kolejny. Do tyłu iść nie można, ale szybciej naprzód też. Wpdam w trans, trance, Trance. Za dużo telewizji. Tiwi. Musze złapać pilota i wyłączyć. Siebie z moim deja vu. Steinera z jego zabiegiem. Jasnociemne jak się przetnie, rozwinięcie, żabciu. Się odbuduje. Spać.
Znowu marz(n)ę o zimie. Ołowiane morze przepycha swoje cieżkie, ciemne fale, któe przy brzegu stają sie jasnym, syczącym płomieniem. Lodowate białe iskry chlapią mi na twarz. Zapach morza, zapach życia.
Jej zapach. Znowu go czuję. Jak rano, gdy siedziała obok. Zakazany zapach, który próbuję zapomnieć. Myślałem, że już zapomniałem. Wyprzeć go z głowy. Zapach fal pocałunków i tęsknoty.
Tak się nie da. Życie jak bulimia. Skok dzikiej bestii i wielkie żarcie. Wielkie życie. Cynizm on, hamulce off, bezpieczniki skwierczą. Zapach palonego, wilgotnego ciała. Przepalenie, załamanie, zaciemnienie. Moralny rzyg. Post, cisza, omdlenie.
Odrętwienie.
Zima w moim sercu. Zimowa noc. Śnieżyca.
I morski brzeg.
Nie lubię nagłych przebudzeń. Wątek snu szarpie się i ucieka, a równocześnie leży na wątrobie jak wczorajsze trzy czwarte. Sufit. Żyrandol buja się. Wbija sie. Mi w oko zwisającymi szpikulcami. Posmak kawy w ustach. Szelest kartek, rzędy krzywych liter - tłumaczenia piosenek, zapis moich nastrojów. Minorowych. Zniechęcenia, tęsknoty, złości. Taranują mnie.
Wbić nóż w pościel, zlizać krew z ostrza.
Żeglować w noc, byle dalej, nie ja steruję.
Kopać w grobie mojego serca... Nie.
Nie.
Nigdy więcej dawnego żalu? Chcę. Ale niespecjalnie się to udaje.
Cholerne hamulce. Cholerne sumienie.
Pieprzona pamięć.
Współczuję tym, którzy wierzą że życie jest łatwe, a miłość przychodzi sama. Są przegranymi marzycielami, a ja już się z tego towarzystwa wypisałem.
Dlatego mój domek nadal istnieje tylko w marzeniach... tylko w tych, z któych na co dzień się śmieję.
Idioto. Pamiętasz, w jakim świecie żyjesz? Jedna trzecia twojego czasu już za tobą. Pozostałe dwie prezentują się jeszcze gorzej.
I stad ta nieodparta, ale niewykonalna dla mnie bulimia. Pożerać życie talerzami. Czerpać. Wyczerpać.
Czasem rozumiem tych, którzy wierzą że są wampirami.
Głód.
skomentuj (1)